Visit Blog

Explore Tumblr blogs with no restrictions, modern design and the best experience.

Fun Fact

There are 44.6 Billion blog posts on Tumblr.

Trending Blogs
#pad thai

Fridays is cheat day, so normally me, bro and mum get a takeaway. they didn’t fancy one tonight/run out of place to go. and they dont like Thai/Chinese/Japanese food but do so its Thai tonight from our local called Kim Dee. got myself a duck Pad Thai, Duck spring rolls with plum hoison sauce an coconut shrimp. and to wash it all down, some Kombucha. really scrummy but couldn’t finish the Pad Thai, so much noodles packed in and they were very generous with the chunks of duck too. I love duck so much. 5/5 stars, will defo get from here again

wondakatlovesfood
wondakatlovesfood
wondakatlovesfood
wondakatlovesfood
wondakatlovesfood
wondakatlovesfood
wondakatlovesfood
wondakatlovesfood
wondakatlovesfood
0 notes · See All
image
image
image

Czasem budzisz się w doskonałym nastroju, zupełnie bez powodu. Ale powody są zawsze, tylko się ich nie analizuje: 

na przykład dobry sen pełen wygodnych, bawełnianych marzeń,

lazurowe, bezchmurne niebo zwiastujące ciepły, słoneczny dzień,

wydzierające się za oknem ptactwo przypominające o wiośnie, witalności i naturalnemu pędowi przyrody ku życiu,

własne odbicie w lustrze bez rumieńca i pryszczy, dające nadzieję na przełom w problemach odmaseczkowych… 

To są drobiazgi, niuanse, didaskalia. Imponderabilia układające pozytywnie dzień. 

I ten dzień toczy się gładko, wartko i spójnie, na fali dobrej porannej energii, skrzy się, błyszczy i szumi, jak mazurska rzeka. Słyszysz jej mokry szelest, czujesz zapach glonów, trzciny, gnijących gałęzi i uśmiechasz się, bo przecież wiesz, że nic nadzwyczajnego się nie stało, zwykły wtorek jakich wiele, żadnych rewelacji. 

Dzwonisz do kogoś z dobrym słowem, okoliczność wszak ku temu odpowiednia. I w kilku chwilach cały czar pryska. Potem otrzymujesz telefon, okoliczność wszak ku temu odpowiednia. Następnie jakaś wymiana zdań na WhatsAppie. Po kolei błękitne niebo, świergot ptactwa i skrawki przyjemnego snu znikają. Pozostaje niesmak.

Żeby go zabić, wybierasz się do sklepu po składniki do ugotowania czegoś pocieszającego. To nie może być błahostka tylko danie, które zapewni szczere ukontentowanie. Na przykład Pad Thai.

Po nim zawsze robi się lepiej.

Składniki:

Sos Pad Thai
35 g cukru palmowego (3 łyżki)
3 łyżki wody
4 łyżki pasty z tamaryndowca
3 łyżki sosu rybnego

Pad Thai
115 g makaronu ryżowego (średniej grubości, 5 mm)
10 średnich krewetek
3-4 ząbki czosnku
3 szalotki
2-3 łyżki suszonych krewetek
100 g prasowanego tofu
3 łyżki rzodkwi japońskiej Daikon
płatki chili do smaku
olej roślinny do smażenia (u mnie z orzechów ziemnych)
2 jaja
szklanka kiełków fasoli mung
3 dymki
½ szklanki prażonych orzechów ziemnych

Dodatki
płatki chili
prażone orzeszki ziemne
kiełki fasoli mung
dymka
limonka

image
image
image

Wykonanie:

Sos Pad Thai

Rozkruszyć cukier palmowy. Wrzucić do małego rondla i rozpuścić na średnim ogniu. Gdy cukier zacznie przybierać bursztynową barwę, zmniejszyć ogień do małego, dodać sos rybny, pastę z tamaryndowca i wodę. Jeśli cukier się zbrylił, wymieszać dokładnie, aż zacznie się rozpuszczać. Sprawdzić smak - powinien zachować równowagę miedzy słodkim, kwaśnym i słonym. Wyłączyć gaz.

Pad Thai

Przygotować składniki. Obrać szalotki i czosnek. Szalotki pokroić w drobną kosteczkę, a czosnek zmiażdżyć płaską stroną noża i maksymalnie posiekać. Rzodkiew pokroić w drobną kosteczkę. Suszone krewetki również posiekać drobno. Tofu odsączyć i pokroić w kostkę. Kiełki odsączyć na sicie. Krewetki rozmrozić. Zielone części dymki pokroić w kawałki ok. 5-6 cm.

W tym czasie zagotować wodę i przygotować makaron zgodnie ze wskazówkami na opakowaniu. Odcedzić.

Do woka lub dużej patelni wlać kilka łyżek oleju. Dobrze rozgrzać. Wrzuć krewetki i smażyć po 3 minuty z każdej strony. Muszą złapać złoty kolor. Wyjąć i odłożyć na talerz obok.

Jeśli trzeba, dolać trochę oleju. Wsypać szalotki i czosnek, chwilę smażyć, mieszając, aż cebula się zeszkli. Dodać tofu, rzepę, suszone krewetki, chili i znowu wszystko wymieszać. Zwiększyć ogień, wrzucić makaron i wlać sos (jeśli zgęstniał, wcześniej lekko podgrzać). Używając kleszczy kuchennych mieszać całość, aż sos zostanie wchłonięty.

Gdy makaron będzie gotowy, przesunąć go wraz z dodatkami na bok patelni. Na pustą przestrzeń wlać odrobinę oleju, wbić jaja, i porozciągać je, aby lekko się ścięły. Połączyć z makaronem i mieszać, aż jajka całkowicie się zetną. Nie przedobrzyć, aby nie zmieniły się w suche wióry.

Dodać kiełki fasoli, szczypior i połowę orzechów. Podrzucać zawartość patelni, aż wszystko dobrze się wymiesza.

Wyłożyć na talerze. Obłożyć krewetkami, obsypać resztą orzeszków i skropić obficie sokiem z limonki. Z boku talerza ułożyć trochę płatków chili, kiełków i szczypioru.

Uwagi

  • Danie trzeba robić energicznie, jak większość azjatyckich potraw z woka. Produkty powinny być wcześniej przygotowane, aby tylko wrzucać je na patelnię. Podobnie ze smażeniem, nie powinno trwać zbyt długo, bo makaron stanie się kleisty i papkowaty, a warzywa stracą jędrność.
  • Oryginalnie nie używa się dymki, tylko szczypior czosnkowy (bardziej przypomina trawę niż szczypior), ale bardzo często zastępowany jest dymką.
  • Zamiast rzodkwi japońskiej Daikon można użyć rzodkwi Takuan (żółta, wykorzystywana do sushi).
  • Można zrobić większą porcję sosu, przelać do słoika i przechowywać w lodówce. Na porcję potrawy potrzeba ok. 150 ml sosu.
image
7 notes · See All

The punchline of today’s journal entry is that we got about five pounds of pad thai from the local noodle place for dinner, plus three additional entrees, so my writing may be interrupted by me falling asleep at any moment. It was really good pad thai, though. I will eat these jellybeans and attempt to power through.

Today was my first day of living with my new hair, which I dyed yesterday and forgot to talk about. It’s Warm Amber Brown and turned out very well for hair dye that I bought at CVS and applied myself. It’s a color I’ve used before, so I was pretty confident, but every once in awhile a box will say “amber” and mean something more like “purple” so you have to be cautious. This one is a warm and just slightly reddish brown, perfect! I don’t typically clutter up my feed with photos of myself, but if I can’t use selfies in my own quarantine journal, where can I? (And another new mask as well for an overall “felt cute, might venture into the wasteland later” vibe since I was about to go get the aforementioned takeout food.) 

image

A lot of the morning today was spent preparing for and having a telemedicine meeting with my FIL’s doctor. We spent quite a bit of time making sure that the computer was all set up and ready, then wound up using the speakerphone of an honest-to-god landline telephone after the technology pooped out on their end five minutes into the call. Truly this is post-apocalypse times. News is not great long term but we never expected it to be, and slightly more encouraging than expected in the short term. We need to figure out what we will do after two weeks in the rehab facility, which makes it very likely we will be here for two more weeks at least. After that it’s a question of whether he comes back to the house with full-time care, or stays in a skilled care facility where he can be fully taken care of. Every option has its full share of suck, even more so when there can be no visitors in pretty much any care facility. 

We can stay longer if needs be, in terms of actual work and school commitments. Everything for husband and kiddo is fully online till further notice, and I am still SUPER UNEMPLOYED at least until I can take the MPRE in August. Can’t substitute teach, obviously, and mystery shopping right now would make me feel like a shitheel, to say nothing of the potential exposure danger. I mean, who is going to go out to a fast food restaurant where the workers have to be there because they don’t get sick days and are somehow essential, and legitimately gauge whether they seem happy enough to be there? I freely acknowledge that a lot of what I do as a shopper is bullshit at the best of times, but before March there was at least a sense that we were all at least somewhat invested in the bullshit because they wanted those good scores and I wanted to give them wherever possible. Now, though, it’s enough just to get through the day, and I believe anybody who is working grocery or foodservice right now should get 100% full credit for anything short of literally spitting in my food, which means I’m not in a mystery shopping mood at all. No matter how much bonus money they’re waving because I am apparently not the only one feeling that way. So anyway, super-unemployed, but I still have obligations, and somebody would have to go back eventually to actually clean the house if we’re going to be gone much longer than two weeks. 

This morning, for instance, I woke up to a text from a friend offering me another teeny tiny kitten. You guys know how I feel about teeny tiny kittens. (I am in favor.) I had to tell her that I could not take her tiny kitten though, because I am four hundred miles away and kittens do not run very fast. I’ve also had to blow off a few Red Cross opportunities and food bank opportunities, which makes me feel a little guilty even though I know my priorities are where they need to be. Obviously what I need is some kind of Multiplicity-style cloning device where I could make a couple copies of myself (minus all the poorly-aged homophobia of the movie) and leverage our unique strengths in order to do all the things I want to get done while still leaving ample time for listening to The Good Place Podcast for the seventeenth time in a row. One clone would have to embark on an immediate full rewatch of The West Wing, because today I was on Facebook trying to come up with a WW-related name for every letter of the alphabet and I had to look on the wiki to remember Fitzwallace’s first name. (It is Percy.) I was ashamed, deep in my soul. 

I was thinking about kittens today, and wondering what it would take to just do kittens full time. Because honestly, kittens is a full-time job, plus extra. You’ve seen my delirious journal entries from the two-hours-of-sleep days. People who need to work can’t do that. I can’t do it much longer because I need to make some money. But it wouldn’t have to be very much money. I mean, assuming my husband keeps his job, knock on wood, we could meet our financial obligation if I could bring in like 350 dollars a week. 1500 a month is just a little more than a 40-hour minimum wage job. I know at this point I’ve passed the bar exam and basically have to be a lawyer, but it’s kind of amazing to think of what would happen if I could find somebody to just hire me to raise kittens. Maybe when I am making fat lawyer bucks, I will be someone’s patron and allow them to become a full time kitten nanny, thereby assuaging my own guilt for getting out of the game. 

Well, this journal has wandered very far afield, hasn’t it. High point of the day was definitely getting to take a bath in the big master bathtub that nobody ever uses but me. I have to dust it every time I visit, but it’s totally worth it. Low point was again trying to beg, reason and shame MIL into sitting down basically at all at any point during the day. I keep cleaning the fucking kitchen so she will not be tempted to get up and go into it, but it does not matter. Even if it is clean she will just go in there and rearrange things. I just want her leg to get better as soon as possible! I am sure that walking around on it without even a brace is not helping! Lunch we celebrated Cinco de Mayo with turkey enchiladas made by my husband from yesterday’s leftovers. They were excellent! Supper we got takeout from the local noodle place. I got sushi, the kiddo got chicken nuggets (he steals my sushi), husband got General Tso’s Chicken because he watched a documentary on it with his class, and MIL got pad thai. The local noodle place has always had generous portions, but today was bonkers. This is the pad thai after we’d already taken two cereal bowls worth out. We will be eating pad thai for days. There are worse fates, I suppose! 

image
6 notes · See All
Next Page